Skończyła się moja przygoda z Politechniką.
Nie żałuję. Tego, że była, ani tego, że się skończyła. Z tej okazji chciałbym się z Wami podzielić obserwacjami wynikłymi z pracy dla tej szacownej instytucji.
Studenci na konkursach
Jakość nauczania i konkurs ,,O Złotą Kredę''
Materiał
Organizacja zajęć
Filie
Baza danych
Wychowanie
Administrowanie musi kosztować
Inżynierska robota
Niemoc
System Was zabije (operacyjny :-))
Na zakończenie.
W tegorocznym rankingu ,,Polityki'‘ Politechnika Śląska była na trzecim miejscu. To i tak cud. Jak można się spodziewać, dobrze oceniają nas za stosunek do studenta, za fachowość, gorzej za ,,stężenie’‘ doktorów habilitowanych, i chyba najgorzej wypadamy w rubryce, którą można interpretować jako ,,uznanie na świecie’‘.
A przecież uczy się u nas wielu studentów, którzy mogliby rozsławić imię naszej uczelni wygrywając w konkursach informatycznych. Spotykając ich na II roku (PI) proponowałem, żeby spróbowali porozwiązywać zadania (np. z olimpiady informatycznej) opublikowane w internecie, a potem udali się do kogoś, kto mógłby przygotować ich do konkursów, na przykład do profesora Czecha. Nie przyznali się, czy coś z tego wyszło. Mój błąd polegał na tym, że nie poszedłem sam do Profesora, żeby zaproponować mu wykorzystanie umiejętności tych ludzi w zawodach. Przypuszczam, że propozycja współpracy ze strony znanej osobistości połechtałaby ich próżność w stopniu wystarczającym, by dla sławy uczyć się dużo więcej i brać udział w konkursach. Bo w to, że mieli szanse, nie wątpię.
Wydaje mi się, że ktoś na uczelni powinien zadbać o to, żeby wysyłać drużyny na każdy poważniejszy konkurs, a prowadzących zajęcia należy zobligować do zgłaszania ,,właściwej komórce'‘ nazwisk szczególnie uzdolnionych studentów.
Parę miesięcy temu w holu AEI dano mi do ręki karteczkę, żebym wskazał najwyżej cenionego przez siebie prowadzącego.
– Można głosować na siebie? – zapytałem.
– Ty tu uczysz?!! – zdziwiła się studentka.
Oddałem tę kartkę. Powiedziano mi jeszcze, że opublikowane zostaną nazwiska z 3 najwyższych miejsc, oddzielnie dla każdego z kierunków (co zrozumiałe). Z formy (,,wskazać jedno nazwisko'‘) wynikało, że wyniki będą proste do przewidzenia. Powiedziałem, że moim zdaniem pierwszym i drugim miejscem podzielą się Kozielski z Pochopieniem (pisownia jak w mowie ;-)), co do następnego – nie znam wystarczająco popularnego kandydata.
I tak się stało (wyników trzeba szukać przez Google, ponieważ nie sposób znaleźć ich na na stronach www uczelni). Wątpliwy sens ma przeprowadzanie konkursów, których wyniki można wytypować przed przeliczeniem głosów. Ogłaszanie kogoś najlepszym wykładowcą na całej uczelni (osobny ranking), bo zebrał najwięcej głosów, też. Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby wskazać źródła błędów w takim wnioskowaniu.
Należy stworzyć system oceniania prowadzących zajęcia obejmujący wszystkich prowadzących. Obecnie, dopóki studenci nie przyjdą do szefa zakładu ze skargą, że ,,minęła połowa semestru, prowadzący jak dotąd się nie pojawił a przedmiot kończy się egzaminem, więc może powinniśmy zacząć się martwić?‘’, nikt nie zainteresuje się jakością prowadzenia zajęć. Uczę od 7 lat i nikt, nigdy, nie pofatygował się na prowadzone przeze mnie zajęcia, żeby sprawdzić, czy się do tego nadaję.
Należy zauważyć, że nie każdy dobry naukowiec potrafi interesująco wykładać (Einsteina na przykład męczyło wykładanie wszystkiego, czego sam nie wymyślił – z drugiej strony, o teorii względności nauczał wyśmienicie). Podobnie, znam osoby, które są świetnymi nauczycielami, a nie przyznają się do odkrycia i opisania rzeczy, które na uczelni byłyby punktowane.
Rozsądne wydaje mi się nie zmuszanie do prowadzenia zajęć naukowców, którzy nie potrafią tego dobrze robić (mają natomiast swój wkład w rozwój nauki i techniki) oraz nie wymaganie od osób, które są potrzebne do prowadzenia zajęć, wykazywania się publikacjami.
Ważne byłoby natomiast przedstawienie pracowników na stronach www zakładów oraz w gablotach wraz z zakresem ich zainteresowań i prowadzonych badań. Zdarzało mi się pomagać studentom w dziedzinach nie związanych z prowadzonymi przeze mnie zajęciami, bo akurat się na tym znałem, tylko dlaczego musieli się o tym dowiadywać przez przypadek? Oczywiście należy iść z postępem, więc część tematów zajęć powstaje w oparciu o najnowsze odkrycia pracowników. Niech więc uczą, byle potrafili. Tyle że postęp w naszej dziedzinie dokonuje się nie na uczelniach, a w bogatych prywatnych firmach, za (czasami państwowe) pieniądze dużo większe, niż jak na razie proponuje uczelnia.
Tym sposobem doszliśmy do następnego wątku: Uczelnia nie nagradza lepszych pracowników i nie wyrzuca gorszych. Swego czasu pracował w naszym Zakładzie kolega Trocki. Był (jest) dobrym fachowcem (razem studiowaliśmy), tyle że już nie na Politechnice. Szukał czegoś nowego nawet w Podstawach Informatyki, ale uczelnia traktowała go jak każdego innego inżyniera, więc ,,podprowadziła'‘ go Motorola.
Im lepsza firma, tym mniej może płacić za fachowców. Dlatego Politechnika Śląska jest w lepszej sytuacji, niż większość znanych mi instytucji. Jednak jeżeli za tyle samo czasu spędzonego w innej firmie dostaje się 3 razy więcej (przy zachowaniu, czasami, elastyczności czasu pracy), na Politechnice zostaną tylko Ci, za których zainteresowania zechce płacić wyłącznie Państwo (co w przypadku informatyki [bo nie np. astrofizyki] może oznaczać, że ich odkrycia nie przedstawiają większej wartości).
Zostaną też ci, którzy robią to dla idei. Dopóki nie wymrą z głodu…
W celu zachowania elitarności uczelni trzeba stawiać na jakość, a nie na ilość. Z roku na rok stwierdzam coraz niższy poziom umiejętności studentów. Na trzecim roku informatyki nie potrafią programować w C. Są już uczelnie, których absolwenci w promieniu 50km nie potrafią znaleźć pracy… [BB :-]].
Uważa się, że ze studiów można wylecieć z powodu MC, ale jeżeli ktoś nie zda AK, to robi się następny termin (5 czy 6 w zeszłym roku). Moim zdaniem prawie 1/3 studentów, których w zeszłym roku uczyłem, nie nadaje się na inżynierów. Albo niech mają dyplom, ale niekoniecznie Politechniki Śląskiej… Inaczej nasze dyplomy też będą coraz mniej warte (pracodawca może nie zwrócić uwagi na rocznik…)
W życiu codziennym na każdym kroku spotykamy się z produktami zaprojektowanymi tak, że człowiek chciałby krzywdę zrobić ich konstruktorowi. Gdyby ci projektanci ,,jak z koziej… ‘’ nie dostali dyplomów, może producent takiego urządzenia domowego użytku zapłaciłby prawdziwemu fachowcowi za stworzenie czegoś, o czym będzie można powiedzieć, że jest po prostu dobre?
Przyjmując na uczelnię (a potem wypuszczając z dyplomem) ludzi, którzy się na inżynierskiej robocie nie znają, sami strzelamy sobie w stopę. Potem jesteśmy zmuszeni do używania programów, które mogły być 10 razy szybsze i 100 razy mniejsze, gdyby ktoś, kto je napisał, znał się na tym, co robi.
Osobnym problemem jest nieegzekwowanie od studentów ich obowiązków. Jak to możliwe, że część studentów nie przybyła na obowiązkowe laboratoria, z tych, którzy uczestniczyli, jakiś odsetek nie zaliczył nawet na ,,odrabianiu'‘, a wszyscy oni zostali dopuszczeni do zaliczania przedmiotu? Kiedy ja studiowałem (nie tak dawno), nie do pomyślenia było ,,odpuszczenie’‘ sobie laboratorium (oczywiście i na moim roku byli studenci, których ja sam bym wyrzucił…)
Należy przypomnieć studentom o ich obowiązkach:
Piszę o ograniczeniu ilości prób, ponieważ ilość zadań i cierpliwość prowadzącego są ograniczone (sam widywałem studentów na swoim ćwiczeniu po 3 razy, często nie zaliczali i nie przychodzili ponownie – jeżeli jakieś ćwiczenie wymaga umiejętności, które mieli nabyć w ciągu poprzednich kilku semestrów, trudno się spodziewać, że będą wystarczająco dobrzy tydzień później). Odsetek studentów czytających instrukcje oceniam na jakieś 30% (a ja się tak starałem ;-), oczywiście spora część wystarczająco zna się na rzeczy, by nie musieć tego robić.
Tak samo z egzaminami. Będąc na studiach dziwiłem się, że na innych uczelniach mają terminy zwykłe (,,jak nie przyjdziesz to masz dwóję'‘) i poprawkowe. Jako wzór dobrej organizacji przedstawiałem kolegom rozwiązanie ,,polibudowe’‘: 3 równorzędne terminy i komis. W momencie, gdy egzaminy (z AK na przykład) przeprowadza się tak długo, aż wszyscy zdadzą, całość staje się śmieszna.
Osobom, które mnie o to pytały, zawsze tłumaczyłem, że w Rybniku i Sosnowcu jakość nauczania nie odbiega od tego, czego mogą spodziewać się w Gliwicach. Że w filiach uczą ci sami ludzie, co w Gliwicach, a warunki bywają nawet lepsze (Rybnik). I tak jest, dopóki odległość od Alma Mater nie przekracza 25 km…
Głupim pomysłem jest jednak przyjmowanie tam kandydatów z mniejszą ilością punktów zdobytych na egzaminie, czy za świadectwo. To skłania do podejrzeń, że jednak niezupełnie z tą jakością jest tak, jak obiecywałem.
Oprócz tego należałoby wprowadzić wymóg przeprowadzania egzaminów z danego przedmiotu w oparciu o te same zadania i we wszystkich filiach jednocześnie (co w tym momencie konieczne i naturalne; pilnujących się znajdzie). Tylko taka forma przeprowadzania egzaminów gwarantuje równą wartość ocen, a w konsekwencji – dyplomów.
Jak to możliwe, że na wydziale informatyki listę studentów danego przedmiotu sporządza się na podstawie tego, co oni sami umieścili na teczkach albo na podstawie listy obecności na pierwszych zajęciach?
Dlaczego nie ma programu bazodanowego, do którego dziekanat dostarczyłby dane studentów, kierownik zakładu rozdysponował przedmioty, a kierownicy przedmiotów rozdali uprawnienia do poszczególnych grup dziekańskich swoim podwładnym? Gdzie dla każdego przedmiotu byłby zapisany wzór na końcową ocenę, prowadzący (i tylko oni, na podstawie identyfikacji kartą i hasłem) mogliby wpisywać oceny, a studenci je oglądać (z internetu, podgląd oczywiście ocen swoich i kolegów z roku).
Wystarczyłoby zapłacić kilku dobrym programistom i w dwa miesiące taki system byłby gotowy. Cóż, kiedy pracownicy na papierze też to wszystko zrobią.
I tylko wstyd.
Idąc w nocy po korytarzu IV piętra naliczyłem: 3 butelki plastikowe, 3 puszki, 2 papierki i torebkę foliową. W ciągu dnia stacjonowała tam grupa studentów przybyłych po wyniki z MC. Wcześniej kazałem studentom pozbierać śmieci i powyłączać komputery w sali 830 (większość po innych grupach).
Będąc studentem zawsze zwracałem uwagę kolegom, jeżeli zapomnieli zutylizować śmieci. Jeżeli wyszli przede mną – robiłem to za nich. Dlaczego nie potrafię nauczyć moich współpracowników, żeby wymusili na studentach przestrzeganie porządku? Czy tak trudno zapamiętać: powyłączać komputery, pozbierać śmieci, pozamykać okna, zasunąć krzesła???
Może część odpowiedzi kryje się w wyglądzie sali 420 po zebraniu połączonym z poczęstunkiem, uważam jednak, że powinniśmy przyzwyczajać studentów do wykonywania tych prostych czynności, żeby sami mogli uważać się za lepiej wychowanych…
Serwerami też. I kierowanie przedmiotem. I opieka nad salą. I pilnowanie podczas egzaminów (czyż nie rozwiązałoby to problemu braku ludzi do obsługi zaliczeń?).
Za pracę należy się zapłata (to moja teoria, nie sprawdzałem, czy jest to zagwarantowane w Konstytucji). Trudno się spodziewać, żeby ktoś za darmo nabrał przekonania do tak nudnych, a przy tym nierówno rozdzielanych zajęć.
Tego jednego się u nas nie uczy.
Studenci na trzecim roku informatyki piszą programy jak dziesięciolatek, który dostał tydzień temu komputer domowy i podręcznik firmowy ze spisem rozkazów BASIC-a (mam porównanie ze swoimi programami z tamtego czasu)… A przecież uczą się Inżynierii Programowania. Przebyli PPK, PK i AA.
Czego uczą ich na piątym piętrze, skoro jedyny student, którego umiejętności rzuciły mi się w oczy (Jest Pan najlepszym UNIX-owym programistą jakiego miałem okazję gościć na moich laborkach; Dziękuję, pół roku programowałem pod UNIX-em w firmie) – nauczył się tego dopiero poza uczelnią?
Należy im pokazywać udane konstrukcje, uczyć ,,dobrej praktyki programowania'‘. Jeżeli na IP nikt im tego nie wpoi, nie ma chyba przedmiotu, w ramach którego miałoby to być zrobione. Mógłbym nawet polecić stosowny podręcznik: UNIX – sztuka programowania (nie śmiejcie się z UNIX-a w nazwie – ta filozofia sprawdza się od 40 lat. Windows żyje dopiero 16) Erica S. Raymonda. Tylko jakiś programista – praktyk musiałby to poprowadzić.
Poświęciłem tej problematyce prawie ¼ instrukcji do swojego ćwiczenia z AK (i wstęp do zadań). Cóż kiedy coraz częściej okazuje się, że studenci przychodzą na zajęcia nie przeczytawszy instrukcji…
Sam miałem okazję spotkać się z nowo powstałymi programami, których struktura bazy danych (coś około 3 postaci normalnej ;-) wskazywała, że to pierwszy większy program ich twórców. Widać było, że brakuje im doświadczenia, ale przecież część tej praktyki mogliby nabyć już na studiach.
Windy.
Kable do czujników pożarowych ciągnięte na chybił–trafił i po skosie [normy czegoś takiego nie dopuszczają],
Ekipy remontowe, po których przejściu kurz znajdzie się nawet w twardym dysku (oczywiście są metody, żeby się przed tym uchronić, tylko musieliby czasami wyczyścić swój przemysłowy odkurzacz z zagniecionym wężem – byłem przy tym!)
Parkingi, których pakowność zmniejszają o kilkanaście miejsc betonowe półkule wątpliwej użyteczności i żeliwne słupki (podobno miejskie, ale Politechnika jest przypuszczalnie ważniejsza dla Gliwic, niż Gliwice dla Politechniki…)
Kierowcy, którzy zamiast parkować 0,5m od najbliższego samochodu, zajmują dwa miejsca.
Komputery, które szumią, grzeją (a to kosztuje podwójnie) i psują się, a miejsca zajmują tyle co XT 20 lat temu (i więcej niż MERA 79xx ;-))
Spadający sufit.
Aule bez wentylacji.
Wszechobecne partactwo (jakby to powiedział Egon [Olsen, oczywiście]), bezmyślność i niemoc.
A przecież wszystkiemu można zaradzić nie wydając więcej pieniędzy. Wybierać wykonawców, którzy znają się na swoim fachu (firma z przetargu? – w warunkach należy napisać, że sami po sobie sprzątają, a czy jest czysto, to już my ocenimy; ogólnie – wystarczy dopilnować [tylko paniom z administracji się nie chce – wiem, bo rozmawiałem z nimi w tej sprawie]). Nie zapłacić, jeżeli stan końcowy nie odpowiada warunkom zamówienia.
Na parkingu odmierzyć linie i karać, jeżeli ktoś się nie dostosuje (ciężarówki tam nie stają).
Widzieliście nowego MAC-a? Ma procesor x86 i wygląda jak 19" monitor LCD: dysk i DVD w obudowie monitora, klawiatura i mysz podłączona do niej. Kamera (chyba opcjonalnie), mikrofon i głośniki w monitorze. Od PC-ta różni się tylko sposobem ładowania systemu operacyjnego (oczywiście pomijając konstrukcję). Cichy. Tym też się różni. Oczywiście może działać pod Windows (bez MAC OS-a). Nie jestem fanem Macintosha, ale muszę przyznać, że ta konstrukcja jest o klasę lepsza, niż stojące w salach laboratoryjnych PC-ty.
Są jeszcze lepsze rozwiązania (bo na innym poziomie abstrakcji [poniżej]).
Można też we własnym zakresie coś zaprojektować i zlecić wykonanie (zapomniane już rozwiązanie). Przecież w tej instytucji pracują setki inżynierów.
Wentylacja to rozwiązanie nie gwarantujące komfortu, gdy temperatura powietrza zewnętrznego sięga 30°C. Klimatyzacja to rozwiązanie kosztowne w eksploatacji. Istnieją jednak rozwiązania tanie w użytkowaniu i równie dobre. Jeżeli ktoś nie wie, o czym mówię, proponuję obejrzenie obiektu za ,,najdłuższym wydziałem'‘, jeżeli jeszcze go nie wyburzono. (mowa o wieży chłodniczej na wprost przejazdu w środku budynku)
Wszystko można by zorganizować lepiej, a czasami taniej, gdyby administracji AEI na tym zależało i gdyby zajął się tym ktoś mądrzejszy.
Ile jest twardych dysków, tyle jest administrowania.
Od jesieni zeszłego roku gliwicka firma OEPD wdraża systemy UserFul. Rozwiązanie (zaprezentowałem je swego czasu w 420 [oprócz własnego]) polega na tym, żeby do pojedynczego komputera podłączyć więcej (do 10) monitorów, klawiatur i myszek. W zastosowaniach biurowych to jest przyszłość. W impulsie każdy użytkownik ma pełną moc obliczeniową, a tylko to jest odczuwalne przy takim sposobie wykorzystywania. Całość działa pod Linuksem dostosowanym (poprawki w zakresie jądra systemu i X-window) przez kanadyjską firmę.
Innym bardzo rozsądnym rozwiązaniem są terminale graficzne. Mogłyby mieścić się w monitorze (wspólny zasilacz + płyta główna [tam jest wszystko]). System terminala może ładować się z sieci i podłączać do serwera terminali pod Windowsem lub przez XDM do UNIX-ów.
Z sieci można wczytywać nie tylko podstawowy system z X-serwerem i RDP/XDMCP, ale również kompletny system operacyjny wykorzystujący moc obliczeniową danej stacji roboczej. Więcej: niezależnie, czy będzie to X-terminal zalogowany jako zdalny pulpit Windowsa / UNIX-a, czy też uruchomiony z dysku sieciowego LINUX, jego moc obliczeniowa może zostać udostępniona w ramach klastra (kiedy uruchomiłem w ten sposób ze studentami [odrabianie laborek] 24 komputery na IV-tym piętrze, śmialiśmy się, że mamy maszynę 4 razy szybszą, niż ,,ten klaster z 830'‘ ;-)
Mnóstwo oprogramowania napisanego pod Windows działa teraz (równie szybko!) na emulatorze Wine, z MS Office i symulatorem Maszyny W na czele :-)
Wiele programów ma swoje odpowiedniki w świecie Open Source (nie namawiam do przesiadania się, jeżeli na pierwszy rzut oka nie stwierdzicie, że są równie dobre, albo jeżeli nie obsługują używanych przez Was formatów plików).
Chodzi tylko o to, że jeżeli programy wykorzystywane przez Was na zajęciach będą równie dobrze działać pod Linuksem (Winem), pozbędziecie się problemu przygotowywania stanowisk na początku semestru i po awariach, czy też przydziału komputerów dla sekcji z danego ćwiczenia. Awaria zasilania, czasami powodowana kopnięciem w przełącznik czy kabel, też nie stanowi problemu w takich przypadkach – wszystko jest na serwerze.
Jest ciszej (dyski nie wyją), chłodniej, jest więcej miejsca. Sieci są 100 x szybsze niż 10 lat temu (przy standardowych cenach), czyli przepustowością nie trzeba się martwić.
Jeżeli ktoś pochopnie wyliczył, że skoro jego program wymaga 0,5GB pamięci, to serwer nie uciągnie 8 sekcji, niech poczyta sobie trochę o budowie wielozadaniowych i wielodostępnych systemów operacyjnych, a potem sprawdzi, że dodatkowa sesja zajęła 50MB (ależ rozrzutni są ci programiści :-) Przy okazji: komputery w lansowanych przeze mnie rozwiązaniach klastrowych pamięcią też się dzielą (co naturalnie wynika z dzielenia się procesorami).
Utopia? Od 7 lat nie używam innego rozwiązania, bo przy uczelnianej polityce przydzielania sal poniewieram się między IV piętrem, 830 i CUTI w Rybniku, więc żadne rozwiązanie, które wymagałoby ode mnie więcej niż 1 twardego dysku, dyskietek z BootROM-ami i, czasami, własnego przełącznika sieciowego (830!), nie zdałoby egzaminu. Oczywiście, mając do dyspozycji własną salę, robiłbym tak samo, bo tu chodzi o zasadę… (minimalizmu ;-))
Przedstawione rozwiązania są ekonomicznie i ergonomicznie uzasadnione. Ekonomicznie, bo zużywają mniej energii, materiałów (a więc są tańsze w zakupie) i mają mniejsze koszty konserwacji. Ergonomicznie, bo nie można potknąć się o coś, co na podłodze nie stoi ;-), a przy tym jest ciche, małe i mniej grzeje, albo w ogóle tego nie ma… I do tego uruchamia się w kilkanaście sekund albo w czasie rozgrzewania monitora (LINUX z sieci / + hibernacja / dodatkowy monitor działającej maszyny)… Można przywołać nawet względy patriotyczne: wysyłanie pieniędzy za ocean w zamian za ,,produkty wysokich technologii'‘ (Windows) sprowadza nas do roli tych, od których kupuje się za paciorki… Nie do pomyślenia, ale jedna kopia Windowsa kosztuje tyle, co tona węgla (celowo nie użyłem sformułowania ,,jest warta’‘)…
Ja sam używam przynajmniej dwóch uznanych produktów licencjonowanych jako Open Source albo komercyjnie (zależnie od zastosowań): Qt z norweskiego TrollTech-a i MySQL-a ze szwedzkiego MySQL AB. Przypuszczam jednak, że większość oprogramowania na którym prowadzi się laboratoria, to (oprócz produkcji własnych) import z USA. Nawet, jeżeli Politechnikę kosztuje to niewiele (stosowne umowy edukacyjne), a nawet jest bardzo wygodne (gotowe kursy), to późniejszy pracodawca studenta będzie zmuszony słono za to zapłacić.
Jedyną szansą Europy na uniezależnienie się (w tej dziedzinie) od Stanów jest wykorzystywanie oprogramowania własnej produkcji i Open Source.
Wyobraźcie sobie, co by się mogło stać, gdyby w tym systemie było coś, co pozwoliłoby zablokować (albo podglądać) dowolny komputer podłączony do internetu (firewalle nic tu nie pomogą – inteligentny programista zabuduje możliwość zrobienia tego legalną [w rozumieniu sieciowym] drogą). W newralgicznych dla działania Państwa węzłach powinny być systemy, co do których mamy pewność, że w takie mechanizmy nie są wyposażone. Nikt z nas tego nie sprawdzał? Mamy taką możliwość, więc zapewniam Was, że są paranoicy, którzy sprawdzili…
Oprócz tego, w rozwój oprogramowania Open Source można się zaangażować. Można się pod nim później podpisać, co podwyższa rangę uczelni. Można, wreszcie, dostać na ten cel granty z Unii Europejskiej. Miałem okazję spotkać zapaleńca, który jest jednym z programistów Wine, i który środki na realizację swojej pasji dostał (dostaje?) z UE. Na wdrażaniu oprogramowania można zarabiać, może łatwiej niż na jego sprzedaży. Ktoś powie, że dobry program użytkownik sam sobie zainstaluje. Dobry program to taki (wg jednego z kryteriów), który nie wymaga instrukcji do użytkowania. A do zainstalowania przeciętny użytkownik i tak kogoś zawoła.
Wszyscy wiemy, co znaczy przyzwyczajenie. Ja też uważam, że Windows jest dobry. Ładnie wygląda, często szybko działa, ma komplet skrótów klawiszowych (o tym czasami nie pamiętają twórcy programów pod X-window) i pojedynczemu użytkownikowi, który lubi pograć, nie proponowałbym niczego innego, bo żeby wystarczająco dobrze zainstalować Windows, nie trzeba być wielkim fachowcem.
Narzędzi należy używać zgodnie z ich przeznaczeniem. Instalowanie systemu operacyjnego na każdym z setek komputerów na wydziale (nawet gdyby robić to przez rozpakowanie, a z powodu różnorodności sprzętu nie zdaje to egzaminu) to marnowanie czasu administratorów. Sieci lokalne wymyślono nie tylko po to, by przesyłać ,,profile użytkowników'‘.
Na (lansowany od pewnego czasu) pomysł z ,,maszynami wirtualnymi'‘ mógł wpaść tylko ktoś, kto nie miał z tymi rozwiązaniami do czynienia. Ja patrzę z pozycji człowieka, który z konieczności z takich programów korzystał:
| program | co emuluje | jak szybko |
|---|---|---|
| Wine | Windows | jak oryginał |
| DOSEMU | PC-ta bez możliwości uruchomienia trybu wirtualnego | tak szybko, jak DOS |
| DOSBOX | PC-ta z DOS-em | odpowiada maszynie niższej klasy, obciąża procesor, do gier lepszy niż DOSEMU |
| QEMU | PC/SMP | od 10% wolniej do 10 x wolniej |
| VirtualBOX | PC | szybszy od QEMU, Windows XP działa na ½ prędkości |
Uzupełnienie 2025-05-04: na procesorach ze sprzętowym wsparciem wirtualizacji (teraz wszystkie to mają) system pod QEMU działa praktycznie z prędkością komputera, na którym emulator został uruchomiony – tamto odnosiło się do 32-bitowców sprzed 20 lat.
Wszystkie obsługują sieć i urządzenia zewnętrzne. Jak można się spodziewać, najwygodniej jest używać jak najlżejszego poziomu emulacji. Jeżeli raz się wypraktykuje, jak coś uruchomić (o ile nie wystartuje od ,,pierwszego szlagu'‘ ;-)), będzie to działać na każdym komputerze bez przekonfigurowywania.
I jeszcze jedno: Linux Linuksowi nierówny. W ciągu 15 lat używałem kilkunastu najpopularniejszych dystrybucji (i XENIX-a, SCO UNIX-a, FreeBSD-ka) i teraz jestem w stanie obiecać Wam, że ,,Gentoo ponad wszystko'‘.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na ważną kwestię dotyczącą wygody użytkowania wymienionych systemów operacyjnych. Różnice w budowie Windows i Linuksa powodują, że uruchamianie programów pod Windowsem trwa krócej (działają tak samo szybko), jeżeli porównywać będziemy dwa komputery tej samej klasy z lokalnie zainstalowanym systemem, używane w trybie jednostanowiskowym. Gdy jednak będziemy jednym z wielu użytkowników (a takie było założenie) różnice w szybkości uruchamiania programów zmaleją. Na korzyść Linuksa z kolei przemawia jego przewidywalność – ktokolwiek czekał na zalogowanie się do komputera działającego pod Windows i w sieci, wie o czym mówię.
Piszę o tym wszystkim, bo Linux jest jedyną alternatywą dla Windowsa, a przy tym pozwala obejść się bez dysku (czyli bez administracji) na stacjach roboczych.
Jak zauważył kolega Heniu, studentka Hanna Papaj została w tym roku laureatką konkursu ,,Programista z impulsem'‘. Uczelnia nie pochwaliła się tym faktem, co można po części usprawiedliwić bo zdążyła się ona już obronić. Mnie zaś wygrana ta cieszy podwójnie, bo kiedyś stawiałem pannę Papaj za wzór kolegom z jej grupy w Rybniku – z PI była najlepsza.
Miałem okazję rozmawiać ze studentką, która przeniosła się z Uniwersytetu Śląskiego na Chemię na Politechnice i była zachwycona poziomem prowadzących zajęcia, organizacją, stosunkiem do studenta. Z kolei rozmawiając z kolegami, którzy uczyli się na innych uczelniach, ja sam zauważałem, że u nas jest lepiej. Skoro więc oboje tak uważamy, to to na pewno prawda (jak powiedziały małpy w komiksie ,,Księga dżungli'‘… ;-))
Uczelnia o takich możliwościach mogłaby być naprawdę elitarna, gdyby tylko wszystkim zaczęło na tym zależeć. A mnie zależy, żeby Wam zależało…
Cześć!
Jan Psota jasiu@belsznica.pl, Bełsznica, 2007-09-06